Pimp My Nails

Moi Drodzy, a w szczególności Moje Drogie – Kochane Klientki / Czytelniczki naszego bloga. Dzisiaj mamy dla Was coś specjalnego – tekst, którego treść była dla nas zupełnym zaskoczeniem. Tym razem są to słowa pierwszej uczestniczki naszego nowego projektu Pimp My Nails. Kobiety, która zainspirowała nas do stworzenia czegoś zupełnie nowego, jak dotąd niespotykanego – przynajmniej w tej branży. Urszula (imię zmienione) sprawiła, że spojrzeliśmy na wykonywaną przez nas pracę z zupełnie nowej perspektywy. Dzięki temu, że opowiedziała nam swoją historię wiemy, że nasze działania mają większy sens, aniżeli zwykłe zaspokajanie ego.


“Piszę tą wiadomość z potrzeby serca, do napisania do Was popchnęła mnie frustracja i niezadowolenie z życia. Oczywiście, Wasz Salon nie ma nic wspólnego z moją sytuacją. Jako że pełnicie w mojej opowieści istotną rolę, poczułam usilną potrzebę podzielenia się z Wami tą historią. Jestem, a właściwie do niedawna byłam zwykłą kurą domową. Wiem, że większość osób na moim miejscu cieszyłaby się z takiego, a nie innego stanu rzeczy. Mieszkanie – mimo że na kredyt, to już prawie własne. Całkiem udana pociecha w wieku szkolnym. Kochający mąż, którego praca nie pozwala na słodkie leniuchowanie w domu (wiem, nie można mieć wszystkiego). No i ja… Taka tam czterdziestoletnia mama, która tkwi w czterech ścianach już dziesięć lat.
Dom, rodzina, dziecko – czego chcieć więcej od życia? No niestety, brakowało mi wiele. „Komfort psychiczny” to pojęcie, którego definicję poznałam dopiero w sieci. Moja egzystencja była zupełnie pozbawiona wyrazu. Tęskniłam za przyjaciółmi, wyjściami do kina, a nawet pracą. Odkąd zaszłam w ciąże całkowicie porzuciłam swoją profesję – a byłam całkiem niezłą florystką. Ktoś jednak musiał zająć się dzieckiem i domem, gdy mąż zarabiał na rodzinę. I tak dzień w dzień tułałam się od Biedronki do Rossmana, przez przedszkole (potem szkołę), a czasami do przychodni. Nie narzekałam – ot taka kolej życia. Kiedy jednak w ręce wpadły mi zdjęcia jednej, potem drugiej koleżanki „ze młodzieńczych lat” coś we mnie pękło…

Ja wiem, że fotografie na portalach społecznościowych pozostawiają wiele do życzenia. No ale jednak – nie wszystko mija się z prawdą. Ze zdjęć spoglądały na mnie uśmiechnięte żony i mamy – kobiety, które mimo tego, że urodziły dziecko i zajmują się domem, nie zrezygnowały z własnego życia. Wprawdzie przez te dziesięć lat próbowałam załapać jakąś pracę – głównie dorywczą i zdalną (tak, by móc zawsze być przy dziecku), ale aktywnością zawodową nie można tego nazwać. Czterdziestka, to taki niemal „półmetek życia” (a zwłaszcza przy dzisiejszych standardach). Jak głupia zaczęłam wertować profile pozostałych, niegdyś znanych mi osób. Chyba żadna z nich nie zrezygnowała z siebie. Ładne, zadbane, szczupłe, z elegancką fryzurą i długimi paznokciami – co jak co, ale na kury domowe nie wyglądały. Co ciekawe, ich partnerzy wcale nie są potentatami naftowymi czy nawet dobrze zarabiającymi prezesami wielkich firm. Jeden z nich pracuje dokładnie w tym samym miejscu co mój mąż. Oczywiście, nie brakowało zdjęć z dziećmi. Jeżeli ich sytuacja wcale nie różni się od mojej, to czy ja jestem zwykłym nieudacznikiem?
W mojej głowie jak dzwon rozbrzmiewało jedno pytanie: Czy właśnie zmarnowałam najpiękniejsze lata swojego życia? Mam nadzieję, że to nie brzmi jak jakiś zalążek depresji. Prawda jest taka, że pozwoliłam, by czas utkał mi przyszłość jakiej nie tylko nie chciałam, ale jakiej obecnie się wstydziłam. Zmarnowałam dekadę mojego jedynego życia na bezproduktywne gdakanie wśród garów, z mopem w jednej, a odkurzaczem w drugiej ręce (prawdziwy szop pracz ). Mimo że wiedziałam, że obecna sytuacja mi (delikatnie mówiąc) nie odpowiada, nie bardzo wiedziałam, od czego rozpocząć jakąkolwiek zmianę. Mam wyjść z domu i znaleźć pracę? Moje CV wyglądałoby wyjątkowo ubogo. Do tego mój wewnętrzny gremlin nie dawał za wygraną. Na każdym kroku patrzył na mnie z politowaniem i mówił: masz czterdziestkę na karku, ostatnie dziesięć lat przesiedziałaś w domu ze ścierą w ręku, świat poszedł do przodu, a Ty jedyne co możesz to pełnić rolę grzecznej gospodyni. Naprawdę chciałam odpuścić. Skoro przeżyłam tak tyle czasu to i uda mi się przeżyć jeszcze więcej… Ale chyba nie o to chodzi w tym naszym krótkim pobycie na ziemi. I tutaj właśnie wkraczacie Wy!

Na pewno nie zdajecie sobie sprawy, że już się spotkaliśmy. Mieszkam kilka ulic dalej od al. 29 Listopada, a więc istnieje spore prawdopodobieństwo, że czasami widujemy się na mieście (np. gdy w wymiętym dresie dreptam do warzywniaka). Powinnam chyba napisać „dreptałam”, bo dzięki Wam nie wyglądam już jak kobieca wersja potwora z Loch Ness. Gdy moja frustracja urosła do niewyobrażalnych już rozmiarów, wpadł mi w oczy Wasz szyld. Wracałam właśnie z miasta – złorzecząc pod nosem wpadłam do Waszego Salonu. Tak po namyśle, wydaje mi się, że musieliście mnie zapamiętać. Kupka nieszczęścia z dawno niemodną fryzurą, źle zapiętą kurtką i wzrokiem bazyliszka… Takich widoków się nie zapomina. Mimo że przywitała mnie naprawdę miła i sympatyczna, a co najważniejsze uśmiechnięta osoba, nie mogłam zdobyć się na przejaw jakichkolwiek ludzkich uczuć. Pewnie nieczęsto zdarzają się Wam Klientki, których cała aparycja wręcz odpycha. Wracając do rzeczy… Rozejrzałam się dookoła i nagle… zorientowałam się, gdzie trafiłam. Nie miałam zamiaru odwiedzać żadnego przybytku służącego do wzmacniania kobiecej próżności. Ale prawdę mówiąc, głupio było mi wyjść „z niczym”.
No i, aby nie wyjść na kretynkę (na buca już na pewno wyszłam) odburknęłam jedyne, co przyszło mi do głowy. Nie będę przytaczać całej rozmowy, bo nie o to tu chodzi. Skończyło się jednak na jakiś hybrydach. Pech chciał (a może szczęście), że ta sama uroczo uśmiechająca niewiasta miała właśnie „okienko” i zaprosiła mnie do stanowiska. Boże – jak ja wstydziłam się wyglądu swoich dłoni. 10 lat bez fryzjera. 10 lat bez kosmetyczki. 10 lat bez prawdziwego uśmiechu. Spodziewałam się co najmniej niesmaku na twarzy tej miłej (i nadal uśmiechającej się) osóbki, jednakże ta spokojnie „zaczęła robić swoje”. A buzia się jej przy tym nie zamykała (bez obrazy oczywiście). Jej optymizm był tak zaraźliwy, że i ja po pewnym czasie zdobyłam się na jakąś dłuższą odpowiedź. Pierwszy raz od dawna czułam luz – napięcie stopniowo odchodziło. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak dobrze mi się rozmawiało. Niestety, wszystko co dobre, kiedyś się kończy. Tak samo było w tym przypadku.

Gdy wróciłam do domu nadal jeszcze czułam się nieswojo. Jako że już zmarnowałam zbyt dużo czasu na trywialne przyjemności, w pośpiechu wróciłam do codziennych obowiązków. Na pierwszy plan: obiad. Nie przedłużając: zrobiłam (w tym czasie mąż wrócił z pracy), podałam i… Usłyszałam coś, czego już dawno nie słyszałam. Mój małżonek po dłuższych oględzinach mojej osoby stwierdził, że wyglądam jakoś tak inaczej. Jako że mężczyzn zawsze trzeba dopytywać, pociągnięty za język wyznał, że „promienieje jakbym znów miała 20 lat”. I wtedy coś we mnie pękło (znowu). W końcu głód zmiany podniósł mnie z kolan. I tu wcale nie chodzi o zrobione paznokcie. Staliście się dla mnie swojego rodzaju latarnią, zwiastującą zmiany w moim życiu. Całkowicie przypadkowo zapoczątkowaliście nowy etap mojej egzystencji. Nie wiem czy to dzięki tej drobnej zmianie kosmetycznej, czy zachowania Waszej pracownicy. Wizyta w Waszym Salonie dała mi siłę, by powiedzieć „dość”. Oczywiście, każde zmiany wymagają czasu. Pierwszy krok mam już za sobą. Wierzcie mi, teraz już nie wyglądam jak kura domowa. Wiem, że wygląd to nie wszystko, ale – bądź co bądź – stanowi swojego rodzaju motywację do dalszych działań. Jestem przekonana, że już niedługo będę mogła pochwalić się Wam nową pracą!”
U.


Ulu, jesteś dla nas ogromnym motywatorem. Zmiana jaką zapoczątkowałaś w swoim życiu, ta rękawica rzucona doczesności i otaczającym Cię schematom, Twoja walka z samą sobą – to wszystko sprawia, że jesteś dla nas prawdziwą bohaterką. Jesteśmy pełni podziwu dla Twojego zdeterminowania. Jesteś najwłaściwszą osobą, którą świat mógł przed nami postawić. Wierzymy, że Twoja historia stanie się swojego rodzaju natchnieniem dla innych kobiet. Oczywiście, nie tylko w kwestii upiększania swojego ciała, ale przede wszystkim walki z samym sobą. Niechaj każda z nas znajdzie w sobie siłę i moc, by przeciwstawić się utartym schematom. Dziękujemy, że do nas napisałaś. Mamy nadzieję, że już niedługo porozmawiamy z Tobą osobiście. Czekamy na Ciebie z małą niespodzianką w naszym Salonie.

Natchnieni historią Urszuli pragniemy zaprosić Was do udziału w naszym nowym Projekcie Pimp My Nails. Zasady są proste – Ty masz problem, my mamy umiejętności oraz „narzędzia”. Nigdy nie jest za późno na zmianę. Nic nie stoi na przeszkodzie, abyś rozpoczęła zmianę właśnie od dłoni. Niezależnie od tego kim jesteś, ile masz lat i czym się zajmujesz… Dołożymy wszelkich starań, aby wywołać uśmiech na Twojej twarzy. Więcej o Pimp My Nails dowiecie się wkrótce!